play_arrow

keyboard_arrow_right

skip_previous play_arrow skip_next
00:00 00:00
chevron_left
volume_up
chevron_left
  • cover play_arrow

    Radio Piekary Radio Piekary

  • cover play_arrow

    Ruda Śląska: Zaprosił kobietę do mieszkania, a następnie zgwałcił. Grozi mu kilkanaście lat więzienia Wojciech Czaputa

Polska

NAVAL, były żołnierz GROM-u: „Nie szkolimy się po to, by ginąć”

today27 maja 2020

Background

Urodził się w województwie śląskim. Kilkanaście lat później Racibórz zamienił, już jako żołnierz GROM-u, na Afganistan, Irak czy wody Zatoki Perskiej. O pracy w jednostkach specjalnych i  powrocie do rzeczywistości, po służbie, rozmawiamy dziś z Navalem, byłym żołnierzem jednostki specjalnej GROM-u.

Znaleźć Twoje imię w Internecie graniczy z cudem. NAVAL to tożsamość na całe życie, nawet po zakończeniu misji?

Nie, to jest przekazanie tradycji jakie mamy, bo żołnierze jednostki wojskowej GROM mają spuściznę tradycji żołnierzy cichociemnych polskiego państwa podziemnego. Całe państwo podziemne funkcjonowało na zasadzie pseudonimów – był Rudy, Kajtek, Kama i reszta. Stąd też w naszej jednostce utarło się tak, że my również mamy pseudonimy i one bardzo fajnie wchodzą w rytm naszej pracy. Jeżeli na kogoś wołamy Paweł, Andrzej, Edyta, to tych imion jest dużo, ale Naval jest jeden. To dużo prościej funkcjonuje. A teraz przechodząc już do cywila nawet fajnie wygląda.

Dlaczego w ogóle NAVAL? Jakie „ksywy” kolegów z misji utkwiły Ci w pamięci najbardziej?

Ksywy dobierane były charakterologicznie – jak ktoś był łysy, to miał ksywę łysy. Naval, który gdzieś tam komuś nawalił. Z oryginalnych pseudonimów, to mój kolega Tylut, który nie wiem czemu otrzymał taką ksywę. W pierwszych latach jednostki GROM mieliśmy zmienianą tożsamość. Mieliśmy nadawane inne nazwiska – chciano trochę inaczej tą jednostkę formułować. Jednak później ten system upadł, ale skoro już tak funkcjonowaliśmy, to tak też zostało.

Co jest najtrudniejsze podczas misji? Rozłąka z bliskimi, ciągłe napięcie czy może warunki w jakich przebywają komandosi?

Najtrudniejsze było dostanie się do jednostki wojskowej GROM. Zmiana myślenia, mentalności i wyszkolenie się, by na taką operację pojechać. Mówię to całkowicie szczerze. Często wydaje się, że żołnierz, to młody chłopak – 18-latek, dwudziestoparolatek. Patrzymy również ciągle przez pryzmat zasadniczej służby wojskowej. Żołnierz jednostki wojskowej GROM, albo już teraz żołnierz wojsk specjalnych, to profesjonalista, dorosły mężczyzna. Chociaż moja ostatnia książka to „Chłopaki z Marsa”, to aby dostać się do GROMU trzeba mieć 23, 24 albo 25 lat. Należy przejść selekcję, duży cykl szkolenia, który trwa rok, półtora, dwa lata. Następnie wyjeżdża się na operację w grupie tak samo wyszkolonych ludzi, z najnowocześniejszym sprzętem danej epoki. Operacje i nasze szkolenia są takie, że to my zwyciężamy. Nie szkolimy się po to, by ginąć. A więc nie ma w moim, naszym myśleniu czegoś takiego, że było coś trudne. My szkoliliśmy się, by wykonywać te operacje. Godzimy się na to, by wyjeżdżać na misje, rozstawać się z rodzinami. To jest nasza praca. Jestem ze Śląska, z Raciborza, i pamiętam czasy, kiedy mój szwagier wyjeżdżał do Niemiec do pracy na trzy miesiące, a nawet pół roku. Czymś się te rozłąki różniły od tych naszych wojskowych? Nie. W moich wspomnieniach nie ma czegoś takiego, że robiliśmy coś niesamowicie ciężkiego. Po prostu profesjonalni ludzie, którzy chcą wykonywać swoje obowiązki.

Ciekawa jest również kwestia powrotu do rzeczywistości, normalnego życia. Jak z walki o przetrwanie, kiedy jest się ciągle skupionym na konkretnym zadaniu – walce, wrócić do normalności?

Pytanie, kto bierze w takich operacjach udział. Mają prawo mieć zespół stresu pourazowego młodzi chłopcy, dziewczyny, którzy wyjeżdżają na operacje i nie są tak przeszkoleni jak my. Co więcej, wojsko ma to do siebie, że często stosunki międzyludzkie są bardzo służbowe. Po każdej z misji, a takich misji krótszych, dłuższych miałem 9, a więc ponad 4 lata spędziłem w miejscach, gdzie była wojna, rozmawia się z psychologami, psychiatrami. Te panie zawsze były delikatnie zaskoczone, dlaczego my wracając jesteśmy uśmiechnięci i całkowicie normalnie funkcjonujemy. Po latach spotykania się doszły do bardzo prostego wniosku, o którym my wiedzieliśmy. Przebywając przez 7-9 miesięcy poza domem byliśmy w grupie przyjaciół. Lepiej, prościej i fajniej jest pracować z kimś kogo się lubi. Walczy się lepiej za przyjaciela, niż za dowódcę. Takie właśnie relacje są w jednostkach specjalnych, a ja będąc w GROM-ie nie wyobrażam sobie iść do boju z kimś kogo się może mniej lubi, albo ma się z nim jakiś zatarg. Byłem w grupie przyjaciół, dlatego też najnowsza książka, to „Chłopaki z Marsa” pokazująca GROM, który jest historią przyjaciół.

Czy Twoi koledzy wracając do kraju, po skończonej misji, korzystali z pomocy psychologów? Czy ta „normalność” nie okazała się przytłaczająca?

Przede wszystkim dostając się do GROM-u 40% osób, które odpadają nie przechodzą rozmowy z psychologiem. Jaką by człowiek nie był wielką, silną maszyną, patrząc stereotypowo na filmy „Rambo” czy „Komando”, to jednak jest w nim głowa i umysł, który tym całym ciałem kieruje. My mieliśmy na co dzień w jednostce zatrudnionego psychologa, z którym się rozmawiało na trudne tematy. Tego się nie ukrywa.

W jaki sposób trafiłeś do GROM-u? Wielu chłopców w dzieciństwie marzy o tym, aby w przyszłości być żołnierzem, policjantem czy strażakiem. Jak wygląda Twoja historia?

Filmy, przygoda i chęć robienia czegoś innego. Moje pokolenie wychowało się na „Czterech pancernych i psie” oraz Hansie Klosie. Potem bawiliśmy się na podwórku robiąc z kijków karabiny, strzelając ze szlojdra. To po prostu chęć robienia czegoś innego, a że powstała jednostka wojskowa GROM, to była już ta możliwość robienia czegoś na wysokim poziomie. Nie trzeba było wyjeżdżać na Zachód do Legii Cudzoziemskiej. Mamy teraz jednostki specjalne, które w 100% odzwierciedlają najwyższy światowy poziom.

Misja to zadania do wykonania. Czy mógłbyś przytoczyć kilka przykładów, co należało do obowiązków Twoich i kolegów?

Dzisiejszy konflikt zbrojny wygląda tak, że bitwy, walki trwają tylko w miastach albo też, tak jak to było w przypadku Afganistanu i Iraku, są to punktowe uderzenia. A więc żołnierz żyje, mieszka w bazie, która jest dzisiejszą twierdzą i z tej bazy po prostu wyjeżdża na operacje powstrzymania kogoś albo zabezpieczenie jakiegoś rejonu działania. Normalnie się żyje, mieszka, funkcjonuje, a tylko na operacje, która może trwać od godziny do 4-5 dni wychodzi się w teren.

Jak po zobaczeniu śmierci wrócić do życia?

Jesteśmy coraz bardziej miękcy. Śmierć jest czymś naturalnym w naszym życiu. Ja ze swojego życia pamiętam wielu nieboszczyków – ciocię, wujka, babcię, dziadka. To było coś co istniało między nami. Nie oszukujmy się, że tego nie ma. My wyjeżdżając na operację do Iraku, Afganistanu, mieliśmy szkolenia w prosektorium. Byliśmy podczas sekcji zwłok, żeby móc fizycznie dotknąć tej śmierci, zobaczyć jak wygląda ciało nieboszczyka. Mieliśmy również szkolenia z zakresu pierwszej pomocy w karetkach. Wszystko po to, aby na żywym organizmie uczyć się tego, co będziemy robić w przyszłości.

To oczywiście porównanie bez skali. Mamy koronawirusa, dla wielu osób to ciągłe napięcie, stres i niepewność. Misja – przetrwać, żyć, utrzymać dobytek. Jakich rad można udzielić tym ludziom? 

Ta sytuacja, która jest teraz, przypomina sytuację jaką mieliśmy wielokrotnie, gdy byłem w bazie. W bazie jest się zamkniętym. Zazdroszczono nam, że czasem żołnierze jednostek specjalnych jednak z tej bazy wyjeżdżają. Oczywiście nie wiedziano, co my robimy i na co jeździmy. Teraz mamy koronawirusa, siedzimy w domu. Ja nie mam problemu z tym, że jestem sam w mieszkaniu – jest tyle książek do przeczytania, tyle fajnych rzeczy do zrobienia. Możemy nauczyć się grać na trąbce, grać w gry planszowe, odkrywać inne rzeczy, które zostawiliśmy z boku. A więc człowiek, który się sobą nie nudzi, nie nudzi się też w tym czasie. Przecież oprócz telewizji i Internetu jest wiele rzeczy, na które nie mieliśmy nigdy do tej pory czasu, bo się spieszymy, pędzimy. Tego właśnie Państwu życzę – żebyście się sami ze sobą nie nudzili. Często powtarzam, że żołnierz jednostek specjalnych musi być flexible, a więc elastyczny. Tak samo w tym czasie. Teraz możemy popatrzeć na koronawirusa, jak na szansę, której nie mieliśmy wcześniej.

Rozmawiali: Katarzyna Taras, Kamil Zatoński

Autor: Katarzyna Taras


0%
Skip to content