Sześć lat po tragedii w Szczyrku. Sąd apelacyjny analizuje przyczyny katastrofy

Autor: w dniu 2026-04-02

W Sądzie Apelacyjnym ponownie rozpatrywana była sprawa jednego z najbardziej dramatycznych zdarzeń w historii Szczyrku. Chodzi o wybuch gazu z 4 grudnia 2019 roku, w którym zginęło osiem osób – całe pokolenia jednej rodziny, w tym czworo dzieci. Dom przy ulicy Leszczynowej został w jednej chwili zrównany z ziemią.

"Dom sąsiadów przestał istnieć"

Do eksplozji doszło wieczorem, tuż po godzinie 18.30. Huk był słyszalny w dużej części miasta, a chwilę później nad okolicą pojawił się ogień.

– Ja byłam na strychu, gdy wybuchło. Aż mnie rzuciło. Taki był podmuch. Nie wiedziałam co się dzieje, czy to u mnie, czy gdzie indziej, dopiero po chwili zobaczyłam, że dom sąsiadów przestał istnieć – wspominała moment wybuchu jedna z mieszkanek.

Na miejscu natychmiast rozpoczęto akcję ratunkową. Strażacy przez niemal 20 godzin, często gołymi rękami, przeszukiwali gruzy. Ze względu na wysoką temperaturę i ryzyko kolejnych zawaleń nie można było użyć ciężkiego sprzętu ani psów ratowniczych. Ostatecznie spod ruin wydobyto osiem ciał. Cztery należały do dzieci. Tylko dwa udało się rozpoznać od razu – pozostałe wymagały badań DNA.

Sąd: nie było zamiaru, były poważne zaniedbania

Podczas rozprawy sędzia Paweł Kudelski podkreślił, że tragedia nie była efektem celowego działania. Wskazał jednak na szereg poważnych błędów przy realizacji inwestycji gazowej.

– To była rozbudowa sieci gazowej. Taka była wydana zgoda, jej częścią tylko było wykonanie przyłącza gazowego. Od początku inwestycji dochodzi do rażących zaniedbań w dokumentacji, jak i w wykonywanych pracach. Częstokroć najpierw wykonywano prace, a dopiero potem sporządzano dla nich dokumentację – mówił.

Sąd zwrócił uwagę m.in. na sposób prowadzenia robót. Fragment instalacji wykonano metodą tzw. kreta, która – jak zaznaczono – jest mało precyzyjna. Choć pracownicy mieli do dyspozycji sprzęt do wykrywania infrastruktury podziemnej, nie skorzystali z niego.

– Wiedza o tym, że gaz jest, że płynie, była. Wiedzieli o tym pracownicy, wiedział ich szef i pozostali oskarżeni. Mimo że oskarżeni twierdzą inaczej, nikt nie zataił, że płynie tam gaz – mówił sędzia Kudelski.

Mimo wcześniejszych uszkodzeń infrastruktury prace były kontynuowane.

– Nawet wówczas, wiedząc, że 'kret' uszkodził podziemną infrastrukturę, kontynuowano prace – podkreślił sędzia.

Spór o kwalifikację czynu

Wyroki są niższe, niż domagała się prokuratura, ponieważ sąd uznał, że doszło do nieumyślnego sprowadzenia katastrofy.

– To było nieumyślne sprowadzenie katastrofy w postaci wybuchu gazu. Sprawa jest wynikiem splotu wielu przyczyn. Tym niemniej oskarżeni powinni jednak przewidywać, że może dojść do katastrofy – podkreślono.

Prokuratura nie zgadza się z tą oceną. Jej zdaniem działania oskarżonych miały charakter umyślny, co najmniej ewentualny. Dlatego wnosi o zaostrzenie kar – szczególnie wobec kierownika budowy, dla którego domaga się 10 lat więzienia.

Wyroki dla oskarżonych

Najwyższy wyrok usłyszał Roman D., właściciel firmy odpowiedzialnej za przewiert – 6 lat pozbawienia wolności.

Na ławie oskarżonych znaleźli się także pracownicy wykonujący odwiert:
Marcin S. – 4 lata więzienia
Józef D. – 3 lata więzienia

Kolejne trzy osoby, odpowiedzialne m.in. za wcześniejsze prace przy gazociągu i dokumentację, skazano na 4 lata i 2 miesiące więzienia.

Wszyscy skazani otrzymali również 10-letni zakaz prowadzenia działalności oraz obowiązek wypłaty wysokich odszkodowań rodzinom ofiar.

Głos bliskich

W sądzie obecni byli krewni zmarłych. Jak mówiła Katarzyna Kaim-Nogieć, która straciła w tragedii rodziców i syna:

– Jako cała rodzina podzielamy przekonanie, że liczba osób na ławie oskarżonych jest niewystarczająca. Jednak sprawa została poprowadzona w taki sposób, że obecnie obejmuje sześć osób i na tym etapie chcielibyśmy doprowadzić ją do końca – podkreślała.

Podkreśliła też, jak trudne były ostatnie lata:

– Jeśli jednak można mówić o szybkim finale po sześciu latach i niemal czterech miesiącach, to mamy nadzieję, że właśnie do niego zmierzamy – dodała.

Rodzina, którą znał cały Szczyrk

Ofiary należały do znanej w regionie rodziny związanej z narciarstwem. W zniszczonym domu mieszkali dziadkowie, ich syn z żoną i dziećmi oraz wnuk. Przeżyła tylko jedna osoba – córka, która w chwili wybuchu była poza domem. Po tragedii mieszkańcy miasta pogrążyli się w żałobie. Odwoływano wydarzenia, a na ulicach pojawiły się flagi z kirem. Podczas pogrzebu, 19 grudnia 2019 roku, cała rodzina została pochowana we wspólnym grobie.

– To była rodzina rdzennych mieszkańców Szczyrku. Bardzo uczciwa i pracowita. Kochali życie, sport, kochali narty. Chcieli żyć, chcieli pracować – mówił po tragedii burmistrz miasta Antoni Byrdy.

Mimo upływu lat sprawa wciąż budzi ogromne emocje, a dla wielu mieszkańców pozostaje bolesnym symbolem tego, do czego mogą prowadzić zaniedbania.

Źródło: Superexpress