W wypadku na A1 zginęła trzyosobowa rodzina. Nowe dane z czarnych skrzynek wywracają linię obrony?

Autor: w dniu 2026-03-18

Sebastian M., oskarżony o doprowadzenie do śmiertelnego wypadku na autostradzie A1, razem ze swoją adwokatką od początku próbuje przerzucić odpowiedzialność na ofiary. W ich wersji wydarzeń samochód rodziny miał być niesprawny, a sam wypadek miał być skutkiem nagłego zajechania drogi rozpędzonemu BMW. Czy najnowsze fakty zmienią losy tej głośnej sprawy?

Tragedia na A1. Czy nowe fakty w sprawie wypadku zmienią bieg sprawy?

Najnowsze ustalenia rzucają zupełnie inne światło na przebieg zdarzenia na autostradzie A1, w którym zginęła trzyosobowa rodzina. Uwzględnia się teraz szczegółowe dane zapisane w rejestratorach obu pojazdów, które w wielu punktach przeczą dotychczasowej narracji obrony.

Tragiczny finał zdarzenia na autostradzie

Do wypadku doszło we wrześniu 2023 roku. W jego wyniku zginęło małżeństwo oraz ich pięcioletnie dziecko. Ich auto po uderzeniu w bariery stanęło w płomieniach, a siła zderzenia nie pozostawiła szans na ratunek.

Proces w tej sprawie od miesięcy budzi ogromne zainteresowanie w całym kraju. Oskarżony konsekwentnie kwestionuje ustalenia biegłych i utrzymuje, że to kierowca Kii ponosi winę, bo miał nagle zmienić pas i prowadzić niesprawny pojazd. Wiele wskazuje jednak na to, że dane zapisane w czarnych skrzynkach wnoszą w sprawę nowe fakty. Według informacji przekazanych przez BRD24.pl, zapisane parametry wykluczają zarówno jazdę na kole dojazdowym, jak i gwałtowną zmianę pasa ruchu. Dziennikarz Łukasz Zboralski odniósł się wprost do strategii obrony:

"Ta wiedza pozwala zrozumieć, dlaczego na procesie Sebastiana M. obrona nie mówi o danych z czarnych skrzynek, za to próbuje m.in. podważyć to, czy biegły miał odpowiedni certyfikat i uprawnienia do ich odczytania. Z zerami i jedynkami, dane zapisywane są w formie binarnej, pochodzącymi z czujników samochodów trudno powiem polemizować" – opisuje Łukasz Zboralski.

Rejestratory pokładowe zapisują m.in. prędkość, ruch kierownicy czy pracę kół z bardzo dużą dokładnością. Co istotne, danych tych nie da się zmienić ani usunąć, dlatego w postępowaniach sądowych mają ogromną wartość dowodową.

Rekonstrukcja manewru pod lupą

Choć urządzenie z auta ofiar zostało zniszczone w pożarze, specjalistom udało się odzyskać część danych z jego pamięci. Wynika z nich, że pojazd poruszał się stabilnie, z prędkością około 130 km/h.

To podważa kluczowy element linii obrony, czyli rzekomy nagły zjazd na lewy pas. Redaktor naczelny BRD24.pl tłumaczy, że taki manewr przy tych parametrach byłby praktycznie niemożliwy do wykonania w krótkim czasie:

"Przyjmując nawet, że kierowca Kii miał kierownice delikatnie wychyloną w lewo (o 2 stopnie), to przy 130 km na godz. zjazd ze środka środkowego pasa do linii rozdzielającej pasy ruchu zająłby mu ponad 10 sekund i ponad kilometr. Przejechanie całą bryłą auta Kia na lewy pas ruchu zajęłoby ponad 30 sekund. Tymczasem Sebastian M. przekonywał w swoim ostatnim oświadczeniu w sądzie, że kierowca Kii nagle zjechał na jego pas ruchu, tak, że on nie mógł już zareagować. To musiałoby zostać odwzorowane w EDR samochodu Kia, jako duży kąt skrętu kół. Jak wynika z informacji brd24.pl, nic takiego moduł EDR tego pojazdu nie zapisał" – opisuje Łukasz Zboralski.

Koło dojazdowe? Dane temu przeczą

Ekspertyza zamówiona przez oskarżonego sugerowała wcześniej, że Kia mogła jechać na kole dojazdowym, co ograniczałoby kontrolę nad pojazdem. Również ten wątek nie znajduje potwierdzenia w danych. Czujniki nie wykazały różnic w pracy kół, które wskazywałyby na taką usterkę. Nie odnotowano też aktywacji systemów bezpieczeństwa, które w takiej sytuacji powinny zareagować automatycznie.

253 km/h tuż przed zderzeniem

Pod znakiem zapytania stają również deklaracje samego kierowcy BMW. W sądzie utrzymywał, że jechał około 170–200 km/h. Tymczasem zapis z jego auta pokazuje, że tuż przed uderzeniem prędkość wynosiła 253 km/h. Eksperci zaznaczają, że system nie rejestruje wartości wyższych niż ta, więc rzeczywista prędkość mogła być jeszcze większa.

Śledczy, analizując nagrania i relacje świadków, dopuszczają scenariusz, w którym samochód mógł rozpędzić się nawet do około 300 km/h.

Kluczowy moment procesu

Jeśli prokuratura oficjalnie włączy te dane do materiału dowodowego, sytuacja oskarżonego może znacząco się pogorszyć. Twarde dane telemetryczne trudno podważyć, nawet przy intensywnej strategii obrony. Za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi mu kara do ośmiu lat więzienia.

Źródło: eska.pl/brd24.pl