Mirella była przez 27 lat zamknięta w mieszkaniu? Do sprawy odnosi się policja
Autor: Andrzej Zazgórnik w dniu 2025-10-15
Doniesienia dotyczące losów 42-letniej obecnie Mirelli – mieszkanki Świętochłowic, która miała ostatnie 27 lat spędzić w czterech ścianach, rozpalają opinię publiczną. Do sprawy odnieśli się bliscy kobiety oraz śledczy Komendy Miejskiej Policji w Świętochłowicach. Co faktycznie działo się za zamkniętymi drzwiami? Sprawą zajmuje się prokuratura.
Mirella była przez 27 lat zamknięta w mieszkaniu? Co na to policja?
Ponad 20 lat nikt nie wiedział, co dzieje się z Mirellą – mieszkanką Świętochłowic. Wiele zmieniło się, gdy 29 lipca sąsiedzi wezwali policję po tym, jak z mieszkania na drugim piętrze budynku w Świętochłowicach zaczęły dobiegać odgłosy kłótni. Mieszkańcy sądzili, że żyje tam tylko starsze małżeństwo. — Policja przyjechała, państwo K. nie chcieli najpierw otworzyć drzwi. Mówili funkcjonariuszom, że mieszkają sami i nie potrzebują interwencji — relacjonują świadkowie w rozmowie z Faktem. Po chwili jednak drzwi otwarto. W środku funkcjonariusze znaleźli 42-letnią kobietę. Patrząc na nią, można było wywnioskować, że miała duże problemy z poruszaniem, widać było, że przez lata działo się z nią coś złego. Rodzice dorosłej już kobiety, przynajmniej tak twierdzą mieszkańcy bloku, przed laty tłumaczyli jej nagłe zniknięcie różnie — raz mówili, że uciekła, innym razem, że "wróciła do biologicznych rodziców". Co okazało się, gdy pod blok przyjechały służby? — Nasze pogotowie zostało zadysponowane przez policję. Gdy transportowaliśmy ją do szpitala, pacjentka powiedziała nam, że od ponad 20 lat nie wychodziła z domu — mówi w rozmowie z "Faktem" Łukasz Pach, dyrektor Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Katowicach. W szpitalu kobieta spędziła dwa miesiące. Lekarze i wolontariusze walczyli o jej zdrowie i próbują dziś pomóc jej stanąć na nogi.
Komenda Miejska Policji w Świętochłowicach odniosła się do zaistniałej sytuacji. Co napisano o interwencji, która miała miejsce 29 lipca? Przede wszystkim zgłoszenie, które odebrali mundurowi, dotyczyło awantury domowej. Rzućmy okiem na fragment oficjalnego komunikatu:
"Na miejscu funkcjonariusz rozmawiał z mieszkanką, którą rozpytał o okoliczności zdarzenia. Kobieta zaprzeczyła, jakoby w mieszkaniu doszło do awantury lub przemocy, a jedynie do sprzeczki słownej pomiędzy nią a mężem. W czasie interwencji mężczyzny nie było w domu. Podczas czynności, z jednego z pokoi w mieszkaniu wyszła 42-letnia kobieta. Rozpytana przez policjanta również oświadczyła, że w domu nie doszło do żadnej awantury, a ona sama nie potrzebuje pomocy. Jednak ze względu na widoczny u niej obrzęk nóg i trudności w poruszaniu się, funkcjonariusz, w trosce o jej zdrowie, wezwał na miejsce pogotowie ratunkowe. Zespół medyczny zdecydował o przewiezieniu kobiety do szpitala na dalsze badania" – napisano.
Podkreślono też, że nic nie wskazywało na popełnienie przestępstwa wobec 42-latki. Pod wskazanym adresem – zaznaczają śledczy – nie dochodziło wcześniej policyjnych interwencji, nie wpłynęło żadne zgłoszenie o zaginięciu kobiety ani inne niepokojące sygnały dotyczące tej rodziny. Po interwencji, następnego dnia, dzielnicowy odwiedził 42-latkę w szpitalu.
"Tam potwierdził wcześniejsze ustalenia przeprowadzone podczas interwencji, a z uwagi na stan zdrowia kobiety i podeszły wiek mieszkających z nią osób bliskich, wystąpił do Ośrodka Pomocy Społecznej z prośbą o dokonanie wglądu w sytuację rodzinną i udzielenie ewentualnej pomocy zgodnie z kompetencjami tej instytucji" – czytamy w komunikacie.
Śledczy, odnosząc się do doniesień medialnych, stwierdzili, iż nie potwierdzają medialnych doniesień, jakoby kobieta przez 27 lat miała być przetrzymywana w mieszkaniu rodziców wbrew swojej woli. Nie dały również podstaw do wszczęcia procedury Niebieskie Karty. Podkreślają też, że w Wydziale Kryminalnym KMP w Świętochłowicach prowadzone jest postępowanie, mające na celu ustalenie, czy wobec 42-latki nie doszło do popełnienia przestępstwa. Policjanci gromadzą, analizują i weryfikują informacje w tej sprawie. Zgromadzone materiały zostały również przekazane do prokuratury.
Co działo się w mieszkaniu? Pojawiają się nowe doniesienia
Policja twierdzi zatem, że nie działo się nic złego. Potwierdza równocześnie, że sprawą zajmuje się prokuratura. "Fakt" opisuje z kolei sprawę na podstawie rozmów z matką Mirelli oraz przedstawicieli różnych instytucji. Dziennikarze "Faktu" odwiedzili lokum, w którym – jak się przypuszcza – kobieta spędziła ostatnie 27 lat. Dwupokojowe mieszkanie wygląda niepozornie. W jednym z pokoi w trakcie wizyty dziennikarzy siedziała Mirella. Obok niej znajdowała się matka, która nie chciała dopuścić córki do głosu.
— My już mamy dość tego wszystkiego, niczego od nikogo nie potrzebujemy — mówi w rozmowie z "Faktem" starsza kobieta. — Wychodziliśmy z nią i na działkę do znajomych — dodaje, choć nie potrafi przypomnieć sobie, kiedy to miało miejsce.
Gdy o to samo zapytano Mirellę, ta powiedziała cicho: — Ojej, no jakiś czas temu, nie pamiętam…. Dawno nie wychodziłam, nie jestem w stanie sobie przypomnieć — mówiła w rozmowie z "Faktem" Mirella. — Ona jest teraz ogłupiała, bo ją trzymali w tym szpitalu — tłumaczyła matka.
Człowiek, który nie istniał
Padły pytania o to, dlaczego kobieta nie miała nawet dowodu osobistego. — Chciałam jej wszystko załatwić, wniosek wypisać… ja ładnie piszę, ale ona się zacięła i koniec było. Sama nie wiem, czemu — powiedziała matka.
Dopiero po nagłośnieniu sprawy złożono wniosek o dokument tożsamości. Przez lata w urzędowych systemach Mirella nie istniała. Nie pobierała żadnych świadczeń ani nie miała własnych pieniędzy.
— Ja mam emeryturę i mój mąż też, nie chcemy żadnej pomocy — mówi w rozmowie z "Faktem" matka kobiety. — Jezus Maria, jestem załamana, nie przeżyję…. Po co nam te ubrania, kurtki, co ludzie teraz przynoszą — rozpaczała.
W pokoju dorosłej już kobiety nadal stoją, relacjonują dziennikarze "Faktu" dziecięce pamiątki – kilka pluszaków i stare książki, jednak matka Mirelli, jak czytamy, nie była jeszcze gotowa, by te przedmioty, świadczące o przeszłości, zostały w jakiś sposób uporządkowane. Co mówią sąsiedzi? Nie kryją zdumienia.
— Była grzeczna i bardzo ładna. Lata temu, jeszcze jak Mirelka chodziła do liceum, to jej rodzice pytali, czy moja córka da jej korepetycje, ale potem wszystko ucichło — wspomina "Faktowi" pani Urszula Knapczyk, 83-letnia mieszkanka bloku. — Wciąż pamiętam, jak jej matka mi prawie 30 lat temu powiedziała, że Mirella zaginęła. Rzekomo ktoś miał ją porwać. To był szok, ale co mieliśmy robić, oni nie chwalili się tym. Kiedyś spotkałam nawet jej ojca i pytam: co z Mirelką? Myślałam, że może się odnalazła, a on mi powiedział "pani córki też nie widać". Nie podejmowałam więcej tego tematu — opowiada kobieta. — Teraz się okazało, że przez te wszystkie lata Mirella była w tym domu, a my ani razu jej nie widzieliśmy. Nikt się nią nie interesował, a przecież chodziła do szkoły i nagle ślad po niej zaginął. To bardzo zagadkowa historia — kwituje.
Zapytano o edukację i działania OPS
Jak ustalił "Fakt", w I Liceum Ogólnokształcącym im. Kochanowskiego w Świętochłowicach potwierdzono, że Mirella rzeczywiście rozpoczęła naukę we wrześniu 1997 roku. — W księdze ewidencji uczniów znaleźliśmy wpis, że taka osoba istotnie chodziła do naszej szkoły. Rozpoczęła naukę 1 września 1997 r. w klasie Ic i została skreślona z listy uczniów 6 stycznia 1998 r. W notatce dodano "skreślona na prośbę rodziców" — powiedziała w rozmowie z "Faktem" dyrektorka placówki, Jolanta Daniluk. Dodała, że w tamtym czasie nie obowiązywały jeszcze takie przepisy jak dziś. — Nie byłam wtedy dyrektorem tej szkoły, nie jestem w stanie powiedzieć, co się dokładnie wydarzyło — tłumaczy. Zaznaczyła też, że rodzice musieli sami odebrać dokumenty i nikt później nie sprawdzał, czy dziewczyna kontynuowała naukę.
Sprawą zajęła się policja oraz Ośrodek Pomocy Społecznej w Świętochłowicach. — Sprawa jest szczególnie delikatna, a jej pełne wyjaśnienie wymaga czasu oraz współdziałania wielu instytucji. Na obecnym etapie nie jest możliwe wydanie jednoznacznych ocen ani publiczne przesądzanie o przebiegu wydarzeń. Prosimy o umożliwienie służbom społecznym prowadzenie działań w spokojnych i rzeczowych warunkach — przekazała "Faktowi" Monika Szpoczek, dyrektorka OPS. — Podkreślam, że pracownicy socjalni działają z pełnym zaangażowaniem i empatią — dodała.
Źródło: "Fakt"